Kiedy dni zaczynają się skracać, coraz częściej sięgam po lampy. To moment, w którym światło sztuczne staje się moim sprzymierzeńcem. Zauważyłam, że jesienią nie potrzebuję mocnych źródeł światła. Potrzebuję światła, które tworzy nastrój. Lampy stołowe o ciepłej barwie sprawiają, że wieczory stają się miękkie jak wełniany szal. Kinkiety rysują na ścianach delikatne kadry, które wyglądają jak sceny z filmu. Lampy z naturalnymi abażurami filtrują światło tak, że staje się ono częścią tkaniny — nie dominuje, tylko współistnieje. A świeczki… świeczki są jak małe ogniska domowe. Ich płomień nie tylko rozświetla, ale też uspokaja. Patrząc na niego, czuję, jak zwalnia mi oddech.